Dawno dawno temu mnie tu nie było.
Zycie płynie.
Nie do końca szczęśliwie, ale stabilnie. Więc chyba dobrze.
Pieniędzy brak, wiedzy brak, ślub coraz bliżej, a my osobno jakby dalej.
Tzn. ja osobno, M. z rodziną.
Minęły kursy przedmałżeńskie, a ja mam wątpliwości...
O przyszłość - bo nie mamy perspektyw, tzn, ja mam - pracę, on- nic.
Ja mam samochód. On nie ma
Ja mam dom, On nie ma
Ja mam jakieś tam fundusze, On nie ma
Ja chce żyć, On wegetować
Ja chce coś ambitnego, On nie
Ja proszę, On słucha, robi, ale za późno.
Ja myślę, że mogę mieć dzieci, On - nie do końca, sam jest dzieckiem.
Jestem Ja i jest Ona- to nie żona, bez ż to tylko Ona- jak mówi nowy ciekawy slogan reklamowy.
Bo jest ONA- jego rodzina. Z pretensjami, wiecznymi żalami. Walką o Niego
A ja jestem już zmęczona. Już!
Kocham go, ale wiem, że coś nie gra.
Ja chce iść na przód- zamieszkać. On nie.
Zostawia mnie samą, ze wszystkim. Potem idzie na łatwiznę.
Niech ja znajdę mieszkanie, on wprowadzi się po ślubie. A najlepiej takie, by jemu dobrze było do pracy jeździć.
Kursy dały nam trochę do myślenia. Były łzy i gorzkie słowa- powiedziałam, ze w tym narzeczeństwie jestem samotna. Bo jestem definitywnie, Nie rajcuje mnie nic.
Nie tęsknie nawet, a moje libido jest poniżej zera.
Mówię, co mi się nie podoba. Mówię, że chore jest to, że nasza starsza życzy nam źle. Jego mama wypomina, że ciągle nie ma pieniędzy oraz powoli wtrynia się. Brat, który ma 18 lat śpi dalej z nią w jednym łóżku!
A M. nie widzi w tym nic, a nic złego. To ja jestem marudna.
Bo to ja jestem problemem w ich rodzinie od kiedy pojawiłam się. Bo zaczęły się problemy, bo mam swoje zdanie, bo M. ma mniej czasu, mniej pieniędzy.
Jestem zła na Boga, jestem i mam pretensje.
Taki mam teraz okres w życiu.
Nie oceniajcie mnie, ani M.
Wystarczy, że zdaje sobie sprawę.
I choć wiem, że wdeptuje w gówno, dalej wierzę.....że ułoży się.
A jak nie, to odejdę po jakimś czasie.
Taki mam plan. Zrobię wszystkim na złość i pokażę swą siłę.
niedziela, 21 lutego 2016
niedziela, 24 stycznia 2016
Sokratesowa filozofia.
Może to nie ja za tym stoję, a raczej na pewno. Może to nie ja do końca sama ustalałam leczenie, może to nie ja za wszystko odpowiadam, ale cieszy mnie, że leżąca od świąt pacjent z rozsianą chorobą nowotworową został przeze mnie wypisany!
Zlecenia dane, wózek dany i do domowej opieki hospicyjnej też załatwione. Starsi myśleli, że zbyt ciężka i nie dożyję wyjścia, a ja tam mocno wierzyłam! I udało się. Trochę wsparcie podparłam modlitwą, bo ja modlę się za swoich pacjentów. Taki ze mnie dziwoląg. Ale ciiii, niech lepiej nikt nie dowie się, bo wyjdę na znachorkę jakąś.
Pacjentka ustabilizowała się, udało jej się siadać i mogła wyjść w optymalnej poprawie. Nie wiadomo ile pożyje, ale wiadomo, niech ten ostatni czas spędzi w domu, z mężem, dziećmi, wnukami. U siebie. Intymnie. Domowo.
Sama przeżyłam, jak to jest kiedy w domu najbliższy umiera... w życiu bym nie oddała do szpitala, gdzie człowiek umiera w samotności i niestety ale mało intymnie.
Więc cieszy mnie to, bo może to taki mój malutki sukcesik, który chce sobie przypisać :)
Jeszcze przede mną wiele nauki, wiele... teraz widzę wszelkie własne i nie tylko własne niedociągnięcia.
Czasem, a może i za często, jestem zmęczona. Na nic nie mam ochoty. I nauka nie idzie.
A może debil za mną i basta.
Jedynie co teraz wyznaje to sokratejską filozofię. Bo w końcu wiem, że nic nie wiem.
Zlecenia dane, wózek dany i do domowej opieki hospicyjnej też załatwione. Starsi myśleli, że zbyt ciężka i nie dożyję wyjścia, a ja tam mocno wierzyłam! I udało się. Trochę wsparcie podparłam modlitwą, bo ja modlę się za swoich pacjentów. Taki ze mnie dziwoląg. Ale ciiii, niech lepiej nikt nie dowie się, bo wyjdę na znachorkę jakąś.
Pacjentka ustabilizowała się, udało jej się siadać i mogła wyjść w optymalnej poprawie. Nie wiadomo ile pożyje, ale wiadomo, niech ten ostatni czas spędzi w domu, z mężem, dziećmi, wnukami. U siebie. Intymnie. Domowo.
Sama przeżyłam, jak to jest kiedy w domu najbliższy umiera... w życiu bym nie oddała do szpitala, gdzie człowiek umiera w samotności i niestety ale mało intymnie.
Więc cieszy mnie to, bo może to taki mój malutki sukcesik, który chce sobie przypisać :)
Jeszcze przede mną wiele nauki, wiele... teraz widzę wszelkie własne i nie tylko własne niedociągnięcia.
Czasem, a może i za często, jestem zmęczona. Na nic nie mam ochoty. I nauka nie idzie.
A może debil za mną i basta.
Jedynie co teraz wyznaje to sokratejską filozofię. Bo w końcu wiem, że nic nie wiem.
wtorek, 12 stycznia 2016
Moje katharsis....
W pracy bywają różni ludzie wiadomo, ale czasem trafia się naprawdę jak kulą w płot.
Wystarczy taka osoba, by zaburzała całą pracę zespołu, a przede wszystkim truła , podważała zdanie i miłą atmosferę.
Jest taka osoba. Wydaje jej się, że jest super-mądra, nieomylna. Utwierdzają ją w tym wszyscy, ciągle mówiąc, jaka ona mądra i pytając czasem o radę. Owszem, ma wiedzę i jest mądra.
Ale to, że zachowuje się ta persona, jak wredna sucz, to druga sprawa.
Nie przepadam za nią, bo truje wszystkich.
A raczej ma jakieś problemy na tle własnego ega.
Dowala np. o sylwetkę, o wiek, o urodę. Oczywiście mnie sobie wybrała jako taką, na której może sobie poużywać, bo jako najmłodszy członek zespołu , nie podskoczę, a oprócz tego i taki mam charakter, że nie potrafię odgryźć się. A więc ma pole do popisu, a prócz tego podwójną przyjemność.
Złośliwi co krok, np. że staro wyglądam, na tyle co ona, czyli na 40-tke. Jak przyszła wiadomość, że kto ma dzieci to przysługuje mu pewne gradienty, i jedna z lekarek zapytała się, co to przyszło, ta rzecze: że i tak jej tego nie dotyczy, bo nie ma dzieci....
Było to strasznie chamskie. Obłudne i złośliwe. Jak można świadomie, z premedytacją zrobić komuś przykrość? To, że ktoś nie może, nie znaczy, że nie chciał. A łatwo to wyczuć, kiedy wychodzi się lub omija tematy, gdy pozostali mówią o swoich pociechach...
Babka, ta chyba, musi być strasznie zakompleksiona, i ogólnie nie lubiana i w dzieciństwie i później. Bo ciężko inaczej to wyjaśnić. Ogólnie to źle jej z oczu patrzy- tak złowieszczo, tak...hmmm, czekająco aż komuś noga powinie się, bo nic tak nie cieszy jak czyjeś nieszczęście.... Tak właśnie patrzy.
Zero emaptii. Zero pomocy. A czepia się o wszystko, że jeszcze leków nie przepisałam (choć guzik mnie powinno obchodzić jej sala, a przez dodatkowy nakład pracy, jaki jej się nie chce zrobić, obarczając mnie, nie wyrabiam się. A jak chce coś później, to jak jej nie pasuje, to emanuje pokazem, jak to robi za mnie, by dokopać), że ktoś daty nie wpisał na jej wypisie, nawet, że źle karty czy historie są niepoukładane.
Czepia się WSZYSTKIEGO. Że źle wypis, za długo. Żeby każdą rodzinę odsyłać do szefa ( przecież informacji udziela prowadzący, a ja jakby coś to proszę o pomoc taką starszą lekarkę, kierowniczkę). Specjalnie błędnie podpowiadała, jak coś zrobić, na co wypisać pacjenta. Podważa autorytety innych. Wywalone ma na wszystko i wszystkich. I chwali się, że jest taka złośliwa, taka zołzowata (sic!). I zawsze wszystko sama, złości się, jak ma sporo pracy-bo wcześniej obijała się i wyżywa, a jak mówię, że jej pomogę, to nie, bo da radę sama. I znów piekli się. Próbuje udowodnić coś sobie,a najpewniej reszcie.
Najlepiej to wszystko za nią robić- albo, by sama nic nie robiła. Jeciu, jaki był spokój i bez stresu, jak jej nie ma. Strasznie mnie wkurza.
Nie wspominając, że ja czuję się, trochę tam, jak na wyścigu szczurów, a tego najbardziej obawiałam się. I moje koszmary dosięgają mnie. Wyścigi szczurów, atmosfera średnioprzychylna, ciągły pogon za wypisami i punktami, środowisko geniuszy....
Brakuje mi szpitala stażowego, gdzie nie było przerostu ambicji nad treścią... gdzie można było po ludzku zapytać i każdy doradził, bez stresu, bez podważania, bez skrzywienia....
Albo Bóg pokierował mnie , bo chciał dla mnie najlepiej i wie, że będzie dobrze, albo to moja pokuta i katharasis.....
Po miesiącu dalej nie ogarniam, dalej nie czaję wielu, tak za wielu spraw,,,,
A może po prostu jestem zbyt przytłoczona tym nadmiarem i dlatego?? A może stłamszona tymi ludźmi??
A może jestem tępa?? Nie mam wiedzy, o czym przekonuje się każdego dnia....
Dno. Mam dołek. Serce mnie boli i gniecie, krew już mi poleciała z nosa nieraz, słabo często mi jest, dopadają mnie migreny... A jak wracam, to nie mam ochoty patrzeć w książki i czytać. Chce zapomnieć, chce być w innym świecie. Siadam do kompa i tak marnuje czas. A wigoru nie mam, a tym bardziej ochoty na nic.
Mam 26 lat, czuje się na 40-tke i tak pewnie wyglądam, skoro mi tak cisną.
A ja jeszcze bardziej stresuje się, zaczynam jąkać i robić masę niepotrzebnych błędów.
Walczę z wiatrakami... tymi ludzkimi, tymi medycznymi, tymi magicznymi.
To moja pokuta, to moje katharsis....
Wystarczy taka osoba, by zaburzała całą pracę zespołu, a przede wszystkim truła , podważała zdanie i miłą atmosferę.
Jest taka osoba. Wydaje jej się, że jest super-mądra, nieomylna. Utwierdzają ją w tym wszyscy, ciągle mówiąc, jaka ona mądra i pytając czasem o radę. Owszem, ma wiedzę i jest mądra.
Ale to, że zachowuje się ta persona, jak wredna sucz, to druga sprawa.
Nie przepadam za nią, bo truje wszystkich.
A raczej ma jakieś problemy na tle własnego ega.
Dowala np. o sylwetkę, o wiek, o urodę. Oczywiście mnie sobie wybrała jako taką, na której może sobie poużywać, bo jako najmłodszy członek zespołu , nie podskoczę, a oprócz tego i taki mam charakter, że nie potrafię odgryźć się. A więc ma pole do popisu, a prócz tego podwójną przyjemność.
Złośliwi co krok, np. że staro wyglądam, na tyle co ona, czyli na 40-tke. Jak przyszła wiadomość, że kto ma dzieci to przysługuje mu pewne gradienty, i jedna z lekarek zapytała się, co to przyszło, ta rzecze: że i tak jej tego nie dotyczy, bo nie ma dzieci....
Było to strasznie chamskie. Obłudne i złośliwe. Jak można świadomie, z premedytacją zrobić komuś przykrość? To, że ktoś nie może, nie znaczy, że nie chciał. A łatwo to wyczuć, kiedy wychodzi się lub omija tematy, gdy pozostali mówią o swoich pociechach...
Babka, ta chyba, musi być strasznie zakompleksiona, i ogólnie nie lubiana i w dzieciństwie i później. Bo ciężko inaczej to wyjaśnić. Ogólnie to źle jej z oczu patrzy- tak złowieszczo, tak...hmmm, czekająco aż komuś noga powinie się, bo nic tak nie cieszy jak czyjeś nieszczęście.... Tak właśnie patrzy.
Zero emaptii. Zero pomocy. A czepia się o wszystko, że jeszcze leków nie przepisałam (choć guzik mnie powinno obchodzić jej sala, a przez dodatkowy nakład pracy, jaki jej się nie chce zrobić, obarczając mnie, nie wyrabiam się. A jak chce coś później, to jak jej nie pasuje, to emanuje pokazem, jak to robi za mnie, by dokopać), że ktoś daty nie wpisał na jej wypisie, nawet, że źle karty czy historie są niepoukładane.
Czepia się WSZYSTKIEGO. Że źle wypis, za długo. Żeby każdą rodzinę odsyłać do szefa ( przecież informacji udziela prowadzący, a ja jakby coś to proszę o pomoc taką starszą lekarkę, kierowniczkę). Specjalnie błędnie podpowiadała, jak coś zrobić, na co wypisać pacjenta. Podważa autorytety innych. Wywalone ma na wszystko i wszystkich. I chwali się, że jest taka złośliwa, taka zołzowata (sic!). I zawsze wszystko sama, złości się, jak ma sporo pracy-bo wcześniej obijała się i wyżywa, a jak mówię, że jej pomogę, to nie, bo da radę sama. I znów piekli się. Próbuje udowodnić coś sobie,a najpewniej reszcie.
Najlepiej to wszystko za nią robić- albo, by sama nic nie robiła. Jeciu, jaki był spokój i bez stresu, jak jej nie ma. Strasznie mnie wkurza.
Nie wspominając, że ja czuję się, trochę tam, jak na wyścigu szczurów, a tego najbardziej obawiałam się. I moje koszmary dosięgają mnie. Wyścigi szczurów, atmosfera średnioprzychylna, ciągły pogon za wypisami i punktami, środowisko geniuszy....
Brakuje mi szpitala stażowego, gdzie nie było przerostu ambicji nad treścią... gdzie można było po ludzku zapytać i każdy doradził, bez stresu, bez podważania, bez skrzywienia....
Albo Bóg pokierował mnie , bo chciał dla mnie najlepiej i wie, że będzie dobrze, albo to moja pokuta i katharasis.....
Po miesiącu dalej nie ogarniam, dalej nie czaję wielu, tak za wielu spraw,,,,
A może po prostu jestem zbyt przytłoczona tym nadmiarem i dlatego?? A może stłamszona tymi ludźmi??
A może jestem tępa?? Nie mam wiedzy, o czym przekonuje się każdego dnia....
Dno. Mam dołek. Serce mnie boli i gniecie, krew już mi poleciała z nosa nieraz, słabo często mi jest, dopadają mnie migreny... A jak wracam, to nie mam ochoty patrzeć w książki i czytać. Chce zapomnieć, chce być w innym świecie. Siadam do kompa i tak marnuje czas. A wigoru nie mam, a tym bardziej ochoty na nic.
Mam 26 lat, czuje się na 40-tke i tak pewnie wyglądam, skoro mi tak cisną.
A ja jeszcze bardziej stresuje się, zaczynam jąkać i robić masę niepotrzebnych błędów.
Walczę z wiatrakami... tymi ludzkimi, tymi medycznymi, tymi magicznymi.
To moja pokuta, to moje katharsis....
czwartek, 7 stycznia 2016
Nie ma to jak Nowy Rok
Czy ten rok będzie lepszy niż ubiegły?
Czy ślub i wesele uda się, czy miłość będzie wiernie trwać?
Czy ja nabiorę wiedzy i doświadczenia z medycyny?
Czy zdrowie dopisze?
Czy nerwy nie padną?
Tyle pytań....
Tyle niewiadomych....
2015-
jak dla mnie początek był znośny, jednak dalsza część roku, od gdzieś marca, zaczęło się, niestety niepomyślnie.
Trochę sprzeczek, nieporozumień z M. z rodzicami.
Wiele nauki, wiele rozczarowań, a przede wszystkim masę stresów- np. czy znajdę pracę, szpital, który mnie przyjmie, co wybrać, jaką specjalizację, nowe oddziały i staże, wiele niewiadomego, wiele zmian.
W końcu pogorszenie stanu zdrowia Dziadka i ...pożegnania. Może po mnie nie widać, ale czasem tak bardzo brakuje mi jego słów, że będzie dobrze i na pewno sobie poradzę.... Takich dni jak dziś, tych gorszych.
Nowa praca i stresy z nią związane.
Święta przespałam praktycznie, tak byłam zmęczona psychicznie.
Sylwestra byliśmy ze znajomymi w pewnej knajpce, która organizowała zabawę. Za 150 zł od osoby- pojedliśmy, trochę pobawiliśmy się. Jak do tej pory, chyba jeden z lepszych sylwestrów.
Jeszcze nie zdążyłam zapisać postanowień noworocznych.
A w pracy, jak to w pracy- jestem kłębkiem nerwów, zmęczona i przeziębiona.
Pacjenci - przeróżni, od sympatycznych, po takich jak dziś dzień- którzy podjudzają się wzajemnie i naparzają na mnie, nie chcą leków, diagnostyki, obrażeni na wszystko- bo tak naprawdę to jednym alkohol, drugiej choroba somatyczna (czyli. z głową nie halo), a jeszcze innej syn nie chce leków przeciwbólowych, bo pani podsypiająca i pogadać z nią nie może, a ją boli, bo ma nowotwór. I tak w kółko....
Zwłaszcza ta jedna mi dziś dopiekła z córunią...ona przecież nie pije, tylko 150 ml , szklaneczki winka codziennie. A to, że ma ciśnienie... nie no, u mniej w rodzinie wszyscy mają po 160 i więcej. A to, że obrzęki.... nieprawda, ja źle widzę i na izbie przyjęć też nie mają racji. A że wodobrzusze.... i że czemu ją leczymy, jak nie ma diagnostyki postawionej i rozponania... po 30 min od przyjęcia, bez badań etc.
I oni skonsultują leki z aptekarzem znajomym i chcą rozmawiać z Ordynatorem....
Bez urazy, ale jak ktoś ma takie dziwne odpały to znaczy, że coś ukrywa.... i wstydzi się. Albo udaje, że nie ma problemu. Owszem mogę mylić się i może to jednak problem ginekologiczny. Ale rozpisałam badania dodatkowe i dopiero jutro da mi to jakiś obraz. A leki podstawowe dostała i w małych dawkach odwadniających. Bo dla mnie wodobrzusze ewidentne i obrzęki też. A bez względu czy to z podłoża alkoholowego czy z ginekologicznego- leczenie i tak ma być odwadniające.
Więc czeka mnie zjeba od szefostwa, czeka mnie skarga na pewno.... Super.....
Podłamana wróciłam do mieszkania, zapłakana....
I możesz starać się i chcieć dobrze. Na chuj. I tak zawsze jest źle.
Bo przecież każdy inny mądrzejszy jest, a ja że młoda to głupia. I tak nakręcają się wzajemnie na mojej sali. Że mnie też trafiło się tak....
Nie dość, że mnie traktują w pracy jak obcego i póki co nie akceptują, ja jeszcze nie wszystko łapię i odnoszę wrażenie, że mimo wszystko jest tam jakiś chaos- raz tak, raz inaczej postępujemy. Zależy od dnia.
Drażni mnie to. Każdy mądrzejszy i wymądrza się pomiędzy sobą, A teraz jeszcze to.... Jakby trafili na innego lekarza, to powiedziałby im co myśli i skończyłoby się, a ja jestem zbyt miła. I wyżywają się na mnie.
Czy ślub i wesele uda się, czy miłość będzie wiernie trwać?
Czy ja nabiorę wiedzy i doświadczenia z medycyny?
Czy zdrowie dopisze?
Czy nerwy nie padną?
Tyle pytań....
Tyle niewiadomych....
2015-
jak dla mnie początek był znośny, jednak dalsza część roku, od gdzieś marca, zaczęło się, niestety niepomyślnie.
Trochę sprzeczek, nieporozumień z M. z rodzicami.
Wiele nauki, wiele rozczarowań, a przede wszystkim masę stresów- np. czy znajdę pracę, szpital, który mnie przyjmie, co wybrać, jaką specjalizację, nowe oddziały i staże, wiele niewiadomego, wiele zmian.
W końcu pogorszenie stanu zdrowia Dziadka i ...pożegnania. Może po mnie nie widać, ale czasem tak bardzo brakuje mi jego słów, że będzie dobrze i na pewno sobie poradzę.... Takich dni jak dziś, tych gorszych.
Nowa praca i stresy z nią związane.
Święta przespałam praktycznie, tak byłam zmęczona psychicznie.
Sylwestra byliśmy ze znajomymi w pewnej knajpce, która organizowała zabawę. Za 150 zł od osoby- pojedliśmy, trochę pobawiliśmy się. Jak do tej pory, chyba jeden z lepszych sylwestrów.
Jeszcze nie zdążyłam zapisać postanowień noworocznych.
A w pracy, jak to w pracy- jestem kłębkiem nerwów, zmęczona i przeziębiona.
Pacjenci - przeróżni, od sympatycznych, po takich jak dziś dzień- którzy podjudzają się wzajemnie i naparzają na mnie, nie chcą leków, diagnostyki, obrażeni na wszystko- bo tak naprawdę to jednym alkohol, drugiej choroba somatyczna (czyli. z głową nie halo), a jeszcze innej syn nie chce leków przeciwbólowych, bo pani podsypiająca i pogadać z nią nie może, a ją boli, bo ma nowotwór. I tak w kółko....
Zwłaszcza ta jedna mi dziś dopiekła z córunią...ona przecież nie pije, tylko 150 ml , szklaneczki winka codziennie. A to, że ma ciśnienie... nie no, u mniej w rodzinie wszyscy mają po 160 i więcej. A to, że obrzęki.... nieprawda, ja źle widzę i na izbie przyjęć też nie mają racji. A że wodobrzusze.... i że czemu ją leczymy, jak nie ma diagnostyki postawionej i rozponania... po 30 min od przyjęcia, bez badań etc.
I oni skonsultują leki z aptekarzem znajomym i chcą rozmawiać z Ordynatorem....
Bez urazy, ale jak ktoś ma takie dziwne odpały to znaczy, że coś ukrywa.... i wstydzi się. Albo udaje, że nie ma problemu. Owszem mogę mylić się i może to jednak problem ginekologiczny. Ale rozpisałam badania dodatkowe i dopiero jutro da mi to jakiś obraz. A leki podstawowe dostała i w małych dawkach odwadniających. Bo dla mnie wodobrzusze ewidentne i obrzęki też. A bez względu czy to z podłoża alkoholowego czy z ginekologicznego- leczenie i tak ma być odwadniające.
Więc czeka mnie zjeba od szefostwa, czeka mnie skarga na pewno.... Super.....
Podłamana wróciłam do mieszkania, zapłakana....
I możesz starać się i chcieć dobrze. Na chuj. I tak zawsze jest źle.
Bo przecież każdy inny mądrzejszy jest, a ja że młoda to głupia. I tak nakręcają się wzajemnie na mojej sali. Że mnie też trafiło się tak....
Nie dość, że mnie traktują w pracy jak obcego i póki co nie akceptują, ja jeszcze nie wszystko łapię i odnoszę wrażenie, że mimo wszystko jest tam jakiś chaos- raz tak, raz inaczej postępujemy. Zależy od dnia.
Drażni mnie to. Każdy mądrzejszy i wymądrza się pomiędzy sobą, A teraz jeszcze to.... Jakby trafili na innego lekarza, to powiedziałby im co myśli i skończyłoby się, a ja jestem zbyt miła. I wyżywają się na mnie.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
;(
Super,
nagle okazało się , że mam 600 zł (!) dopłaty za ogrzewanie.....
Skąd miałam wiedzieć, że tutaj to nie jest w czynszu, tylko indywidualnie. ???
Teraz to będę mieć zakręcone kaloryfery na zawsze. Pierdziele.
Bo kurde , teraz sobie pofolgowałam, bo rok temu cisza, współlokator ani me ani be , że to są osobne koszta.
Dlatego on w ogóle nie grzeje u siebie. teraz już wiem dlaczego! Tylko świeczki świecą.....
Jestem wściekła na siebie. Bo jakby 300 zł to jeszcze oki, ale 600??? Co innego jak na cały rok by to było, to wtedy 50 zł na miesiąc, nie odczuwa się tak.
Pierdole, zapłaciłam od razu 200 , jutro zapłacę resztę. Kij, że stracę ogromną sumę pieniedzy przez okres grudnia - prezenty, mieszkanie, sylwester i inne rzeczy.
Płakać chce mi się.....
Mój bon akredytacyjny pójdzie na to..... ;(
Ani człowiek nie odłoży, ani nie spożytkuje na prezent dla siebie.....
Z M. postanowione, że po wielkanocy zamieszkamy razem. Chce już, bo wolę w końcu płacić, za to co wiem i za co faktycznie korzystam, bez ukrytów kosztów. Choć z tymi właścicielami to przeróżnie.
Ale tym razem jak wynjmniemy kawalerkę, to może i drożej nas wyjdzie. Ale wolę płacić, te 700-800 zł/ na osobę, ale na "swoim" - czyli tylko my we dwoje.
A dopiero co pochwaliłam się, że mało płacę!!!!
Kurwa, zawsze tak jest. Powiem, coś, z czego cieszę się, np. że jade na wakację - bank, okradną mnie, to z samochodem coś, to z z laptopem....
;(
Ciągle coś jebie się i płacę za coś. Za rzeczy, na które wpływu nie mam.
Jestem rozżalona. Wkurwiona. Niesprawiedliwe. Ciekawe czy na wesele choć trochę odłożę....
Muszę pomyśleć o dodatkowej pracy, bo nie dam rady, jak tu nagle ukryte koszty pojawiają się.
Super.
A teraz na tym głupim liczniku jest jakieś 1000 kij wie czego i jaka taryfa tego jest.
ale pewnie to już około 400 zł dodatkowych.
Jedynie co mam nadzieję,to że zapłacę teraz, zapomni i za 3 miesiące nie zwróci na to uwagi przy wyprowadzce.
Oby!!!
P.S czy ja nie mogę na czymś zarobić tylko wiecznie tracić???
nagle okazało się , że mam 600 zł (!) dopłaty za ogrzewanie.....
Skąd miałam wiedzieć, że tutaj to nie jest w czynszu, tylko indywidualnie. ???
Teraz to będę mieć zakręcone kaloryfery na zawsze. Pierdziele.
Bo kurde , teraz sobie pofolgowałam, bo rok temu cisza, współlokator ani me ani be , że to są osobne koszta.
Dlatego on w ogóle nie grzeje u siebie. teraz już wiem dlaczego! Tylko świeczki świecą.....
Jestem wściekła na siebie. Bo jakby 300 zł to jeszcze oki, ale 600??? Co innego jak na cały rok by to było, to wtedy 50 zł na miesiąc, nie odczuwa się tak.
Pierdole, zapłaciłam od razu 200 , jutro zapłacę resztę. Kij, że stracę ogromną sumę pieniedzy przez okres grudnia - prezenty, mieszkanie, sylwester i inne rzeczy.
Płakać chce mi się.....
Mój bon akredytacyjny pójdzie na to..... ;(
Ani człowiek nie odłoży, ani nie spożytkuje na prezent dla siebie.....
Z M. postanowione, że po wielkanocy zamieszkamy razem. Chce już, bo wolę w końcu płacić, za to co wiem i za co faktycznie korzystam, bez ukrytów kosztów. Choć z tymi właścicielami to przeróżnie.
Ale tym razem jak wynjmniemy kawalerkę, to może i drożej nas wyjdzie. Ale wolę płacić, te 700-800 zł/ na osobę, ale na "swoim" - czyli tylko my we dwoje.
A dopiero co pochwaliłam się, że mało płacę!!!!
Kurwa, zawsze tak jest. Powiem, coś, z czego cieszę się, np. że jade na wakację - bank, okradną mnie, to z samochodem coś, to z z laptopem....
;(
Ciągle coś jebie się i płacę za coś. Za rzeczy, na które wpływu nie mam.
Jestem rozżalona. Wkurwiona. Niesprawiedliwe. Ciekawe czy na wesele choć trochę odłożę....
Muszę pomyśleć o dodatkowej pracy, bo nie dam rady, jak tu nagle ukryte koszty pojawiają się.
Super.
A teraz na tym głupim liczniku jest jakieś 1000 kij wie czego i jaka taryfa tego jest.
ale pewnie to już około 400 zł dodatkowych.
Jedynie co mam nadzieję,to że zapłacę teraz, zapomni i za 3 miesiące nie zwróci na to uwagi przy wyprowadzce.
Oby!!!
P.S czy ja nie mogę na czymś zarobić tylko wiecznie tracić???
wtorek, 15 grudnia 2015
Ślubne problemy i małe radostki.
Ślub coraz bliżej. Zaczęłam się cieszyć powoli. Małe rzeczy- jak przymierzanie sukień i powoli snucie o swoim wyglądzie w tym wielkim dniu, napawa mnie radością. Jednak i w tych małych radościach kryją się wielkie smutki, problemy czy złości. A najwięcej tego przystwarza nam mojego narzeczonego rodzina.
Nie dość, że niczym nie interesują się, to jeszcze wielkie wąty i problemy. Nic nie pomagają. Przyszła Teściowa, miała ponad rok na uzbieranie już jakiejś sumy pieniędzy. Ona oczywiście nagle budzi się. Cokolwiek powie jej M. o ślubie, ta zaraz do sióstr swoich dzwoni, a te ją nakręcają i nagabują. I zaraz do M. narzekania, marudzenia i draki. Ciotki, nie przyjadą na wesele, bo za daleko. Może u nich wesele i ślub powinniśmy może robić? ;> Bo za daleko, bo jak nie będą mieć noclegu to one nie przyjadą. A miało być tak, że wynajmujemy minibus i ci jadą do M. mieszkania i tam nocują. Podwóz i przywóz. I mama jego kłóci się, że mogliśmy w domu weselnym, albo knajpie, że taniej by wyszło, niż remiza, że wówczas to noclegi były w cenie w wesela. ( taaaa, niech mi pokaże takie domy weselne, że taniej wyjdzie). Z moją rodziną nie ma problemu, ale to od nich jest więcej osób. Mogli sobie przemyśleć wcześniej, a nie nagle budzi się. Jakbyśmy mieli na 120 osób, to tak byśmy zrobili, ale zwracaliśmy uwagę, na M. rodzinę i jej, że jest tak liczna, że trzeba było coś innego wymyślać. Nie dość, że większość rzeczy mamy po taniości i najtańsze, w niczym nie interesowała się, i dalej nie interesuje, nie zapyta, nie pogada, to największe pretensje.
M. mocno pokłócił się z nią, a i tak zaraz pogodzi się i zrobi jak ona chce.
I tak pewnie będzie musiał wziąć kredyt. I tak w niczym nie pomogą i jako goście przyjadą na wesele, a nie rodzina pana młodego. (mówię, tu o mamie i rodzieństwie). Finansowo to pewnie ledwie coś dołoży się. A w tzw. "wianie" to M. nic nie dostanie, bo po co.
Ogólnie to ją coraz bardziej nie znoszę. Jest pruderyjna i pretensjonalna. Udaje świętą, biedą, chorą etc. A tak naprawdę to największy leń i próżniak.
Mam nadzieję, że wyjdzie tak ja my będziemy chcieli. Nie będzie wtykać się. Już nawet nie chce od nich pomocy. Bez łaski. A po ślubie mam zamiar wypiąć się. I nie widywać jej. Z M. remontować u mnie piętro w domu i przenieść się za 2 lata. Odciąć od niej na zawsze.
A rodzeństwo nie lepsze. Ech... nawet dobrze nam nie życzą. Chcą, byśmy rozstali się i M. został sam i nie założył rodziny, pracował na nich i oddawał im kasę. Że my nie pasujemy do siebie!
I tylko narzekać umieją....
Krew mnie zalewa.... Ale ja odetnę się i basa. Taki mam plan. Niech spadają.
Nie dość, że niczym nie interesują się, to jeszcze wielkie wąty i problemy. Nic nie pomagają. Przyszła Teściowa, miała ponad rok na uzbieranie już jakiejś sumy pieniędzy. Ona oczywiście nagle budzi się. Cokolwiek powie jej M. o ślubie, ta zaraz do sióstr swoich dzwoni, a te ją nakręcają i nagabują. I zaraz do M. narzekania, marudzenia i draki. Ciotki, nie przyjadą na wesele, bo za daleko. Może u nich wesele i ślub powinniśmy może robić? ;> Bo za daleko, bo jak nie będą mieć noclegu to one nie przyjadą. A miało być tak, że wynajmujemy minibus i ci jadą do M. mieszkania i tam nocują. Podwóz i przywóz. I mama jego kłóci się, że mogliśmy w domu weselnym, albo knajpie, że taniej by wyszło, niż remiza, że wówczas to noclegi były w cenie w wesela. ( taaaa, niech mi pokaże takie domy weselne, że taniej wyjdzie). Z moją rodziną nie ma problemu, ale to od nich jest więcej osób. Mogli sobie przemyśleć wcześniej, a nie nagle budzi się. Jakbyśmy mieli na 120 osób, to tak byśmy zrobili, ale zwracaliśmy uwagę, na M. rodzinę i jej, że jest tak liczna, że trzeba było coś innego wymyślać. Nie dość, że większość rzeczy mamy po taniości i najtańsze, w niczym nie interesowała się, i dalej nie interesuje, nie zapyta, nie pogada, to największe pretensje.
M. mocno pokłócił się z nią, a i tak zaraz pogodzi się i zrobi jak ona chce.
I tak pewnie będzie musiał wziąć kredyt. I tak w niczym nie pomogą i jako goście przyjadą na wesele, a nie rodzina pana młodego. (mówię, tu o mamie i rodzieństwie). Finansowo to pewnie ledwie coś dołoży się. A w tzw. "wianie" to M. nic nie dostanie, bo po co.
Ogólnie to ją coraz bardziej nie znoszę. Jest pruderyjna i pretensjonalna. Udaje świętą, biedą, chorą etc. A tak naprawdę to największy leń i próżniak.
Mam nadzieję, że wyjdzie tak ja my będziemy chcieli. Nie będzie wtykać się. Już nawet nie chce od nich pomocy. Bez łaski. A po ślubie mam zamiar wypiąć się. I nie widywać jej. Z M. remontować u mnie piętro w domu i przenieść się za 2 lata. Odciąć od niej na zawsze.
A rodzeństwo nie lepsze. Ech... nawet dobrze nam nie życzą. Chcą, byśmy rozstali się i M. został sam i nie założył rodziny, pracował na nich i oddawał im kasę. Że my nie pasujemy do siebie!
I tylko narzekać umieją....
Krew mnie zalewa.... Ale ja odetnę się i basa. Taki mam plan. Niech spadają.
poniedziałek, 14 grudnia 2015
2 tygodnie
To już dwa tygodnie mojej pracy. Jestem wykończona. Ale z drugiej strony cieszy mnie to, że mam pracę.
Choć mega stresująco jest. Niestety dr House to ze mnie nie jest, ale staram się jak mogę.
Przynajmniej próbuje.
Ciągle ciężko mi przyzwyczaić się.
Dużo pracy, ciągle siedzę i coś piszę na komputerze, a od tego dostaje migreny.
Nie mogę świąt się doczekać....
M. trochę mijamy się. Nie mamy czasu. Przede wszystkim ja.
To praca, to zmęczenie. To sprawy ślubne. Albo kłócimy się. Brakuje mi bliskości.
W sobotę znów jadę szukać tej wymarzonej sukni, tym razem do smoczego gniazda ;)
Ostatnio poszło nawet całkiem sprawnie. Zaliczyłam 5 sklepów. Z czego w pierwszym, a potem w ostatnim (który był jego filią w innym mieście) odnalazłam tą piękną. Jest w kształcie literki A, z zakrytymi plecami i rękawkami, obszyta od dołu koronką, od góry też piękna koronka i coś świecącego się, jednolita. Śnieżnobiała. Chce do tego welon, coś do włosów, i koniecznie rękawiczki:)
w jednym sklepie to max 20 min byłam, przymierzałam to co mi podobało się. Jednak zawsze porównanie było do pierwszej. A teraz już do ostatniej. Jeśli nic ciekawego nie znajdę w Krakowie to decyduje się na tą ostatnią sukienkę :)
Nie wybrażałam siebie w suknie ślubnej, a jak przymierzyłam... to ładnie mi było xD
Papap :)
Choć mega stresująco jest. Niestety dr House to ze mnie nie jest, ale staram się jak mogę.
Przynajmniej próbuje.
Ciągle ciężko mi przyzwyczaić się.
Dużo pracy, ciągle siedzę i coś piszę na komputerze, a od tego dostaje migreny.
Nie mogę świąt się doczekać....
M. trochę mijamy się. Nie mamy czasu. Przede wszystkim ja.
To praca, to zmęczenie. To sprawy ślubne. Albo kłócimy się. Brakuje mi bliskości.
W sobotę znów jadę szukać tej wymarzonej sukni, tym razem do smoczego gniazda ;)
Ostatnio poszło nawet całkiem sprawnie. Zaliczyłam 5 sklepów. Z czego w pierwszym, a potem w ostatnim (który był jego filią w innym mieście) odnalazłam tą piękną. Jest w kształcie literki A, z zakrytymi plecami i rękawkami, obszyta od dołu koronką, od góry też piękna koronka i coś świecącego się, jednolita. Śnieżnobiała. Chce do tego welon, coś do włosów, i koniecznie rękawiczki:)
w jednym sklepie to max 20 min byłam, przymierzałam to co mi podobało się. Jednak zawsze porównanie było do pierwszej. A teraz już do ostatniej. Jeśli nic ciekawego nie znajdę w Krakowie to decyduje się na tą ostatnią sukienkę :)
Nie wybrażałam siebie w suknie ślubnej, a jak przymierzyłam... to ładnie mi było xD
Papap :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)