Z pamiętnika młodego medicusa

wtorek, 28 czerwca 2016

Będzie krótko

Chwila dłuższej przerwy. Zaczęłam dyżury, ślub coraz bliżej, przygotowań masę i jeszcze więcej zmartwień.
A czasu jak na lekarstwo.
Przemęczona jestem. Wręcz chroniczny zespół zmęczenia.
W pracy- falowo, głównie sinusoida- nie , raczej odwrócona hiperbola, lecąca w dół.
Stresy. Skargi, żale, pretensje, sprawdzanie wszystkiego, pilnowanie etc.
Głównie moje życie to praca, która ostatnio nie daje satysfakcji.
W miejscowości , której pracują- bardzo prostaccy ludzie. Często buraki. Rzadko nawet dziękuje usłyszy się.
Przykro jest. Doceniają tylko starszych lekarzy.
A mnie nie szanują ani kadra, ani pacjenci.
Już jestem przyzwyczajona, nie przejmuje się. Ale są dni, jak dziś. Że mocno pewne rzeczy uderzają.
Mam nowe mieszkanie, M. się wprowadza. Zaproszenia prawie na finiszu, dużo osób odmawia.
Przykro...
Czasem myślę sobie, że ja to jestem ofiara losu i do tego niska i brzydka i każdy swoją frustracje na mnie wyżywa.
Już przywykłam.
A teraz idę położyć się spać. Drzemka najlepsze lekarstwo.

środa, 13 kwietnia 2016

Kryzys

Przechodzę jakiś kryzys, okres depresji...zniechęcenia, sama nie wiem.
Nie czuje się,  że jest super w narzeczeństwie.
Wręcz czuje niechęć i zrezygnowanie.
Kłócę się z M.
Bo ja zaczęłam dyżury, które są bardzo męczące i stresujące. Pracuję, dla doświadczenia, wiedzy, ale i dla pieniędzy. Bo w końcu chce wynająć kawalerkę, a obecnie mnie nie stać!
Ale mając te kila dyżurów i pracując ponad 200 godzin miesięcznie, jestem w stanie odłożyć trochę na ślub i wynająć coś najtańszego.
Utrzymuje się sama- sama opłacam rachunki , mieszkanie, samochód i staram się odkładać ile się da na wesele. W kolejną sobotę mam dyżur. A co na to M. ? czy on może sobie jechać z kolegami do domu w górach - oczywiście pod pretekstem, żeby napuścić wodę czy ogrzać dom etc. A prawda taka, że to trwa max godzinę roboty, a reszta to leżenie i picie z grillem.
Nie wytrzymałam i zadzwoniłam z pretensjami. On oczywiście robi mi poczucie winy, że uważam, iż jego praca jest chujowa i że wywyższam się, a on jest gorszy i że nie pojedzie. A sama mogę jechać jak chce z koleżankami , przecież mi nie zabrania, ale to że one czasu nie mają , bo mają dzieci i mężów, albo własnych chłopaków, z którymi wspólnie czas spędzają czy mieszkają to już nie jego problem. A jakbym mu dała samochód , to sam by na wieś pojechał.... No kur....
Mieszkania szukam sama, bo on nie odejdzie od mamusi, bo chce pieniądze na wesele odkładać, bo ... tysiące różnych pomysłów. A ja to co? Ja mam za wszystko płacić, pracować, a on co? Dwa lata ponad lat i nie umiał nic dorywczego znaleźć, nie umiał nowej pracy, czy kursy jakiekolwiek zrobić. Pyta się mnie, jak ja to widzę w październiku nasze życie. Kurwa nie widzę.
Ja mam dymać, pracować , a jemu ostatnio nawet herbaty nie chciało mi się zrobić. Bo on zmęczony jest, bo fizycznie pracuje , a ja ??? Nie dość, że umysłowo i fizycznie też, to przede wszystkim stresująco- ostatnio miałam pacjentkę z ostrą białaczką, we wstrząsie, młodą kobietę, która mi umierała- krwawiła zewsząd, rzygała i ledwo dychała. Do tego masę innych rzeczy na oddziale, a ja sama , środek nocy i kombinuj. Wiecie jak obsrana byłam???
Wracam z pracy i robię etykiety na alkohol, czy inne pierdółki. A on mi dziś, czy jestem dumna z niego, bo w końcu zadzwonił do kolesia od remizy i potwierdził, że dobrze mamy termin zaklepany, zadzwonił do wujka, by autokar zamówić i zaczął robić serce na bramę- po proszeniu od miesiąca czy dwóch o to. I czy ja jetem dumna? No rozjebał mnie. Wylewa się ze mnie, normalnie duma, jak potokiem górskim jebie....
I mam kryzys. Nie mam ochoty na niego, nie tęsknie, nie mam na nic chęci. Nie znaczy, że go nie kocham. Kocham, tylko, że jestem zmęczona. Nie mam ochoty i sił, wyręczać go i prosić o wszystko. Po x-razy. Dziecko da się łatwiej wychować.
Znów lata z kolegami i piwska, papierosy... już nosi go. Tylko koledzy, to sobie mieszkają i pracują na swoje dziewczyny. A on? I że to ostatnia jego szansa... a ja kurwa?  kiedy była czy będzie moja szansa balować???
Czuje taką pustkę.
Nigdzie nie wychodzimy, jak jesteśmy razem to nie zaproponuje wyjazdu, wyjścia gdzieś. Nawet razem na miasto. Nic.
Jestem wściekła na niego.
Na siebie,
Na wszystko.
Sfrustrowana, bo nie da się tego inaczej nazwać.

poniedziałek, 28 marca 2016

Święta, święta.... i co dalej?

Święta minęły, czas wracać do rzeczywistości. I chyba to lepiej.
Pojadę z domu i święty spokój!
Wiecznie kłótnie, docinki, filozofowanie i inne bzdury.
Dość mam.
Zero dobrego słowa, radości, zadowolenia.
Na dodatek M. pochorował się i jak to w święta, zwłaszcza wielkanocne nie przyjechał.
Czasem odnoszę wrażenie, że jak ma zostawić Mamusie i rodzinę to chory jest.
Tylko, że tym razem faktycznie. Angina, był u lekarza (taki paradoks;p)
Takie te święta, bez świąt.
Bez Dziadziusia, bez M. , bez miłości, bez niczego.
Plus ze stresem.
Zaczynam w tym tygodniu pierwszy dyżur !!!!
Jestem przerażona i najbardziej tym, że nie dam rady. Spanikuje i nie będę wiedzieć co i jak. Skompromituje się, wyjdę na debila....

Gdybym mogła uciec ....

czwartek, 17 marca 2016

Z bycia rezydentem

Z bycia młodym lekarzem :
Jeśli sądzicie, że zarabiam sporo pieniędzy to odpowiem tak:
Mieszkam w wynajętym pokoju ze współlokatorem na mieszkaniu, bo nie stać mnie na wynajęcie czegoś własnego- nawet z narzeczonym, który kasy nie ma. Jeżdżę używanym samochodem 10-letnim, na którego odkładałam od 18-stego roku życia.
Nie będę mieć wesela jak z marzeń- wesele jest w remizie bo taniej; samochód, autokar czy fotograf po znajomości troszkę taniej, zespół 3-osobowy jeden z tańszych, noclegi dla gości w bursie młodzieżowej , bo taniej... i tak wyliczać można wiele.
Robię zakupy w Biedronce, ciuchy na targu, telefon mam przestarzały. Na wakacje składam z pół roku, by mieć. Tak jestem lekarzem rezydentem!
I tak mam lepiej niż na wolontariacie;p

Z newsów- zaczynam dyżury od kwietnia- już jestem obsrana, ze stresu.

Staram się schudnąć.... jak to ciężko!

Dobrze, że słoneczko powoli wita każdego dnia dłużej. :)

czwartek, 3 marca 2016

Niedokończone historie...szpitalne paradoksy.

3 miesiąc mija mojej pracy.
Z każdym dniem ostatnio czuję się coraz gorzej, tak psychicznie.
Mam pacjentów w ciężkich stanach.
Miałam zgon.
Będę mieć zgon, a nawet dwa.
Czuje się niespełniona, czuję się sfrustrowana, czuje się bez wiedzy.
Jestem tratowana jak śmieć, przez personel. Zwłaszcza przez te piguły.
Nie mogę je nazwać pielęgniarkami. Osoby, które krzyczą na pacjentów, które mówią niewidomym czy ciężko chorym, by sobie sami poradzili, czy żeby w nocy nie chodzili do toalety.
Podnoszą na mnie głos, nie przyjmują zleceń, bo im przeszkadzam w pracy...
Plan dnia mam taki: wstaje, ogarniam się, jadę do pracy. Jestem pierwsza i najwcześniej z lekarzy. Przebieram się, chce iść na spokojnie do swoich pacjentów. Po drodze piguły chcą ode mnie, bym w 10 sek rozpisała insuliny dawki, kiedy nieraz są nowi pacjenci i muszę po prostu zapoznać się z tym co zażywają, albo przemyśleć dawki, bo mają skaczące glikemię. Słyszę złośliwe nieraz uwagi.
Chcą bym napisała skierowania na rentgen, usg, konsultacje czy inne.... Lekarze chcą, bym przepisywała zlecenia lekowe- na szczęście są dziewczyny ze stażu i one to robią. Jak zostaje mi chwila przed wizytą, lecę do swoich pacjentów- pytam, badam, mierze ciśnienie. To jednak zajmuje, zwłaszcza, gdy ktoś jest otępiały, leżący, a czasem po prostu wysłuchuje co pacjent chce mi przekazać- czasem po prostu chce pogadać, ponarzekać etc. I czas leci. A ja biegiem na odprawę.
Jeszcze wypisy czekają, wyniki laboratoryjne czy inne, z którymi trzeba zapoznać się, a przede wszystkim cała biurokracja- pisanie statusów o pacjentach.
Odprawa, większość to nudy, i jak dla mnie zmarnowany czas.
Potem szybko na oddział. I albo lecę badać osoby, które nie zdążyłam, albo zaraz jest wizyta. Myślę, co powiedzieć. Od 3 miesięcy strasznie się zawsze denerwuje przy ordynatorze, który mnie nie lubi. Pytał mnie, robił za debila, widzę, że jego wrogość. Pomija mnie zawsze i ogólnie. Usłyszeć od niego dobre słowo?? W ogóle od kogokolwiek - niemożliwe.....
(na stażu tak narzekali ludzie na szefa z interny, a dla mnie to on był lepszy, chwalił kiedy trzeba i ganił kiedy trzeba, ale przede wszystkim bronił swoich lekarzy i swojego oddziału,  a obecny szef- nie ma jaj, o nic nie walczy, robi jak mu oddziałowa każe).
A i ta walka o komputery.... w ogóle dwa komputery, bo dwa należą do kierownictwa. A, że jestem najniżej w hierarchii, czasem niżej od stażystów, bo nie jestem ich- to ostatnia mam prawo do niego.
Zalega z pracą, zostaje po godzinach. Ci się wkurzają, to tamci....
Wyniki zleconych badań są koło południa, więc po wizycie czasem zmieniamy leczenie np. często, gęsto moi pacjenci, bo mam ciągle jakiś ciężkich....
Pytam się o radę, potwierdzam swoją propozycję i za zgodą starszych lekarzy idę coś dolecić czy zmienić leczenie- czasem też proszą mnie, bym innych pacjentów zmienił-idę i mówię pigułą, a te na mnie. Widzę te miny ich, te spojrzenia, albo te słowa....
Albo tak jak dziś: weszłam do dyżurki pielęgniarskiej i chce zabrać swoich pacjentów karty gorączkowe czy historie- wchodzę widzę, że jedzą śniadanie, mówię smacznego,chce zabrać i wyjść, i cytuję "proszę nas zostawić na 10 min same, bo chcemy zjeść w spokoju i ciszy", mówię, że już wychodzę. Weszłam zabrałam i nic nie mówiłam, a te na mnie.
Albo później chciałam dolecić coś i powiedzieć, żeby transport na jutro dla pacjentki załatwić, to kazała mi odcinkowa sobie iść i mnie wyrzuciła. A to pacjenci z ciężkimi stanami, jakby to moja wina. Tak strasznie zachciało mi się płakać, że ledwo w dyżurce wytrzymałam, choć z nosa mi leciało...
Czy ja coś zrobiłam złego??? A na dodatek kierowniczka to słyszała, nic nie odezwała się. Widziałam, potem, że jest na mnie wściekła, choć nie wiem za co. Sama mi zaleciła to. Jak ma jakiś problem to niech mi to powie. To że nie jestem samodzielna? A jak chce coś sama, to źle. Jak chce taki lek, to neguje to i każe swój, a potem odstawimy to albo ktoś inny zmienia, albo szef. Jak coś sama zleciłam, to upomnienie, że nic sama.
Widzę, żę te piguły nakręcają się na mnie. Widzę, jak mnie traktują. To, że jestem najmłodsza i dopiero co przyszłam, nie znaczy, że muszą komentować wszystkich moich decyzji. A ja dla nich miła jestem- jak źle rozpisały nazwiska z poziomem cukrów, to zauważyłam, zmieniłam i powiedziałam, że nic nie stało się, dobrze, że to uchwyciłam. Jak pacjentka z hiperkaliemią (wysokim potasem) nie poszły jej elektrolity, bo odcinkowa zapomniała, i to dwukrotnie pobrać jej krew (mimo, że to jest poważne zagrożenie), ale pacjentka czuła się dobrze, bez objawów- to nic nie powiedziałam, tylko, że nic nie stało się, niech pójdą dziś. Ale koniec z tym. Moja gorycz i frustracją przelały się.
Traktują mnie wszyscy jak śmiecia, to śmieć zacznie tak zachowywać się, jak powinien śmieć!!!

Dodam jeszcze, że tydzień temu podczas reanimacji starszy kolega- 3 lata pracujący w poradni i nocnych pomocach doraźnych i roku na rezydenturze, nie wiedział co robić podczas zatrzymania i ja koordynowała zespołem, ale on zaintubował- to wg piguł on wszystko zrobił, on super, rewelacja....
I jeszcze specjalnie jak przechodzę to mówią....A to jak zostawił na hiperkaliemii tą pacjentkę bez leków i odstawienia innych, które zwiększają potas to już nikt nie zauważył (błąd w sztuce), albo jak wypisał pacjentkę z cukrzycą bez rozpoznanej cukrzycy i włączeniu leku? Czy z tarczycą? Ale on jest super....bo w końcu facet, i tak mało zleca przecież.....

Ostatnio mam dość, od 2 tygodnii. Myślę, o rezygnacji??? O tym, że nie nadaje się. O tym, żeby przenieść się w inne miejsce, gdy nabiorę doświadczenia.
3 miesiące, a ja odpadam, a gdzie kolejne lata....
Nienawidzę pracy, nienawidzę tych ludzi, nienawidzę piguł, niektórych złośliwych doktorów i w ogóle.... Cieszą mnie jedynie pacjenci- przynajmniej ten wewnętrzna radość, jak ktoś dziękuje mi za leczenie i postawienie go na nogi.... I tylko dlatego wstaje rano.
Czuję się.... złym, kiepskim lekarzem, czuję się debilem, bo wszyscy i tak mnie za takiego mają....
Może jednak nie nadaje się???
Może niepotrzebnie poszłam do tego szpitala, mogłam zostać ze stażu.... Z ludźmi, którzy mnie lubili, a ja ich. W miarę spoko pielęgniarkami i w ogóle.

A teraz sobie popłaczę w samotności troszeczkę.....

Nie wiem kiedy napiszę.
Chciałabym napisać Wam, jak to cudownie jest być lekarzem i czerpać satysfakcję z pracy....
Chciałabym pozytywnie patrzeć na świat i przyszłość.
A nie cieszy mnie nic, ani praca, ani ślub, ani życie prywatne.
A kiedyś kochałam to życie...w liceum, na studiach. Zwłaszcza na pierwszych latach studiów... Tęsknie.... tak bardzo, za Łodzią, znajomymi, życiem bez zobowiązań, bez obowiązków większych i bez odpowiedzialności...

Po co żyć???


wtorek, 23 lutego 2016

Zamiast lepiej to jest gorzej. Jedyny specjalista na oddziale, daje dyla jeszcze przed końcem pracy.
Proszę o przemyślenie tej pacjentki, o pomoc.
Dolecamy badania, a niekoniecznie modyfikujemy leczenie. Proszę o skupienie się na tej pacjentce, bo rodzina roszczeniowa etc. To ta starsza koleżanka nie pomaga.
Ja już nie wiem co robić.
Tzn. jutro już wiem, co zrobić, a raczej wydaje mi się. Zmuszę modyfikacje leczenia.
Boje się, bo pacjentka ma nawrót zapalenia. I że córa będzie do sądku z tym chodzić i prokuratora naśle na mnie. A ja wszytko robię co mogę. Konsultuje ze starszymi lekarzami etc.
A pacjentka 80-letnia i wyniszczona, to po postu nie rokuje....
A wiecie, jak prokurator czy adwokat to zniszczy, zawsze do czegoś doczepi się.
Boję się, że jeszcze nie zaczęłam dobrze, a już skończę....
Jestem załamana...

poniedziałek, 22 lutego 2016

Bo żeby mało było....

Wiedziałam! Czuła w kościach, że jak szefostwo pojedzie na urlop, to chuj trzaśnie i wszystko posypie się.
Przez weekend 17 przyjęć- Oddział zawalony. 1 specjalista, 3 młodych, 2 stażystów.
Nikt nie ogarnia.
Godzina 9.00 sprit na ostatną salę jakieś 50 metrów w 3 sek , sama Ewa Swobodna nie osiągnęłaby takiego wyniku. Zatrzymanie akcji serca.
Nas dwoje , ja po 3 miesiącach pracy, drugi po roku. Moje doświadczenie praktycznie zero. A najstarszy przepadł jak woda w kamień.
On- zajął się drogami oddechowymi, ja dyrygowałam- podajemy adrenaline tyle i tyle, defirylator wołam, odliczamy 3 minuty, masuje pacjentkę, słysze zgrzyt mostka Qwa myślę, ale chuj połamane kości zrosną się, a życie nie.  Kolega intubuje- sprawdzam - jest w drogach oddechowych!
Mijają 3 minuty, dopiero pojawiają się starsi. Przykładam łyżki- jest rytm! jest tętno! jest reakcja źrenic! Odsysamy z dróg oddechowych. Mamy ją, wróciła.
Płyny, monitor, badania i masę innych rzeczy.
Szukamy Intensywnej Terapii-i teraz dopiero zaczyna się.... Nie ma miejsc, nie przyjmiemy, nie powinniście ją ratować (??????sic! qwa co za kutas! ciekawe czy sam by to zrobił!).
1,5 godziny i nic, w końcu znaleźliśmy. Teraz transport- jeszcze większy klops.
W końcu po 3 godzinach pojechała pacjentka.
Wszędzie problemy, ty walczysz, to cała administracja i inne zjeby zniszczą.
Przekazania, przerywane wizyty, tysiące pytających się rodzin o informacje....
I jedna moja pacjentka- pani z przyjęta z DPSu. Po rehabilitacji zaraz praktycznie trafiła do nas z zapaleniem płuc, wyniszczona, leżąca. Dostała biegunki- po antybiotykach zdaża się. Zwłaszcza, że tam na tej rehabilitacji też miała zapalenie płuc i leczona 3 różnymi antybiotykami. Wyszło dodatnie Clostridium, leczymy panią, ona w stanie dobrym, naprawdę. A córeczka walnięta- skargi pisze do dyrekcji, na Oddział i pewnie na mnie, kseruje dokumentacje, czepia się każdego słowa, każdego....
Zajęli mi ponad godzinę już po mojej pracy, bo czytali wszystko - niech ona by została, pół minuty dłużej w swojej pracy, ale ja to pewnie niech siedzę. Atakowali mnie pytaniami, na które ze stresu nie potrafiłam odpowiedzieć. Wyszłam na niekompetentną, ale dokumenty i leczenie jest oki. tak wydaje mi się, ale wiecie jak to jest, jak się chce to się znajdzie. Polecieli nawet do pielęgniarek, że masa nie zważona. Krzywda się Pani nie dzieje, zdrowieje, jest dobrze. A chyba wiadomo, że nie będzie skakać w wieku osiemdziesięciukilku lat z licznymi chorobami.
Najbardziej pieje ta, co oddała ukochaną mamusię do zakładu, a teraz udaje, że tak martwi się i wykłóca. Niech sama się opiekuje- zobaczymy czy by dała radę, a ta oddała i myśli, że wszystko należy się. I zagłusza sumienie - ot, co.
Cóż, ja uważam, że dobrze leczymy. Ale skarga będzie.
I będę się martwić i stresować, bo może taka mnie zniszczyć i odebrać wszystko.
Miałam jeszcze dziś córkę od pacjentki, której załatwiłam operację w klinice na ginekologii. w ciągu dnia po rozpoznaniu raka, zaraz po weekendzie pojechała. A to nie jest takie łatwie przekazać do ośrodka najwyższej referencyjności- oj, oj, nie raz wiele ludzi namęczyło się i natrapiło, albo naczekało. Może dzięki temu pożyje dłużej...bo niestety, ten rak nie rokuje.... A taka sympatyczna była, naprawdę do takich ludzi idzie się z chęcią. Uśmiechnięta i zadowolona, wdzięczna.
Tylu ludzi....
Niektórzy dziękują....
a inni trzaskają..... a nawet nie oni, tylko rodzina, która myśli nie wiadomo co.
I radujesz się małymi sukcesami, za które nikt Ci nie podziękuje.....
I przeżywasz jak ktoś ma roszczenia nieuzasadnione. I samotnie walczysz, jak Don Kichot....
Jak ktoś ma dobre serce, musi mieć twardą dupę....
A ja mam depresję.

A może to zemsta za słowa , że jestem zła na Boga????
Karze mnie......
Pokazuje, gdzie moje miejsce???
Dzięki.